Z dala od problemów tego świata, po drugiej stronie Andów schowany jest kraj z najspokojniejszymi ludźmi oraz najbardziej zróżnicowaną i nieposkromioną przyrodą na kontynencie.
Choć do Ameryki Południowej przyjechałem jako turysta, do Chile trafiłem za bliską mi osobą, która znaczną część życia spędziła w stolicy kraju - Santiago. Dzięki temu zwiedzałem miasta, słuchając opowieści studentów architektury, górskie wycieczki odbywałem w towarzystwie prawdziwego chilijskiego alpinisty, a do klubów dostawałem się tylnymi drzwiami, "po znajomości". Zaś wieczory spędzałem przy grillu z nowo poznanymi przyjaciółmi. Ta podwójna rola, obcego przybysza z jednej strony i już bliskiego znajomego z drugiej, zaowocowała dziwnym kolażem sprzecznych doświadczeń. Mimo to po pewnym czasie poczułem się jak u siebie, choć przez moje blond włosy miejscowi i tak brali nas za stadko zagubionych gringos.
| |
| Biedadomki na wybrzeżu mogą nie przetrwać kolejnego trzęsienia ziemi. Duże zdarza się co 25-100 lat, małe - kilkadziesiąt razy dziennie. |
Miasto we mgle
Po locie z dwiema przesiadkami wytoczyłem się objuczony walizami i sprzętem narciarskim z lotniska w Santiago. Spraye do dezynfekcji kabiny samolotu wypełniały jeszcze moje płuca. Marzyłem o hauście nieprzetworzonego powietrza. Niestety, całe miasto i niższe partie olbrzymich Andów tonęły w smogu.
Gdy hiszpański konkwistador Pedro de Valdivia zakładał Santiago w 1541 roku, nie mógł przewidzieć, że wybór Doliny Środkowochilijskiej będzie dla dzisiejszej siedmiomilionowej metropolii przekleństwem. Miasto okrążone przez Andy ze wschodu i Kordylierę Nadbrzeżną z zachodu nie może liczyć na wiatr, który rozniósłby masy zanieczyszczonego powietrza. Czarna chmura unosi się od rana nad głowami mieszkańców. Niezrażony pogłoskami, jakoby jeden dzień oddychania tutejszym powietrzem odpowiadał wypaleniu paczki papierosów, ruszyłem do miasta. Aby poznać prawdziwe oblicze Santiago, skierowałem się na Plaza de Armas - tradycyjny punkt centralny wielu zakładanych przez Hiszpanów osad. Znalazłem tam wszystko, co konstytuowało konkwistadorskie państewko: katedrę, ratusz, budynek poczty i pałac arcybiskupi. Z tego miejsca ponad 400 lat temu miasto zaczęło się rozrastać, wypełniając całe dno doliny, a ostatnio nawet wspinając się po andyjskich stokach.
Spodziewałem się bogatej kolonialnej architektury, ale czekał mnie zawód. Śladów dawnej świetności w Santiago brakuje, bo takiego okresu w historii miasta właściwie nie było. Hiszpanom nigdy nie udało się znaleźć w okolicach znaczących pokładów złota, więc nie byli zainteresowani inwestycjami. Do tego większość starych budynków nie przetrwała licznych trzęsień ziemi, w tym ostatniego z 1985 roku.
Iglesia de San Francisco (kościół św. Franciszka), położony kawałek dalej od Plaza de Armas, to obecnie najstarszy budynek w mieście i jedyny, któremu od czasu ukończenia budowy w 1628 roku udało się przetrwać kilka wieków wstrząsów. Z tego powodu otaczany jest najwyższą czcią przez katolickich Chilijczyków.
Nie tylko dla orłów
Na trekking w Andy wybrałem się z Hanibalem, znajomym alpinistą. 1868 metrów wysokości to jak na tamtejsze warunki niewiele, ale wystarczyło, bym zamiast podziwiać widoki, przez kilka godzin podejścia na Alto del Naranjo oglądał czubki swoich butów. Gdy o 30 lat starsi mijali nas truchtem, ja walczyłem, żeby postawić krok na kolejnej skale. Z trudem rozglądałem się w poszukiwaniu kondora - jednego z niewielu ptaków, któremu ludzkie osiedla i pozostawiane odpadki służą, zamiast szkodzić. W Andach w pobliżu miast jest ich pełno. Miałem pecha, kondory nie chciały się pokazać. Oglądaliśmy za to águila juvenil - wyjątkowo rzadki gatunek orła.
Po dotarciu na szczyt przyssałem się do butelki z wodą i wpatrywałem w osnute smogiem Santiago, a Hanibal opowiadał o meczu piłkarskim, jaki rozegrał w drugim obozie na najwyższym szczycie Ameryki Południowej
- Aconcagua. Ekipa francuskich wspinaczy, nieprzyzwyczajona do gry na wysokości powyżej 3000 m, przegrała 80:5. Ponoć nie wymagali reanimacji.
Choć podejście na szczyt najprostszym zboczem nie jest trudniejsze od naszego trekkingu, na stokach Aconcagua i tak ginie 20 osób rocznie. Ofiary to w większości japońscy i niemieccy turyści nieprzygotowani na spadek ciśnienia i brak tlenu.
Po locie z dwiema przesiadkami wytoczyłem się objuczony walizami i sprzętem narciarskim z lotniska w Santiago. Spraye do dezynfekcji kabiny samolotu wypełniały jeszcze moje płuca. Marzyłem o hauście nieprzetworzonego powietrza. Niestety, całe miasto i niższe partie olbrzymich Andów tonęły w smogu.
Gdy hiszpański konkwistador Pedro de Valdivia zakładał Santiago w 1541 roku, nie mógł przewidzieć, że wybór Doliny Środkowochilijskiej będzie dla dzisiejszej siedmiomilionowej metropolii przekleństwem. Miasto okrążone przez Andy ze wschodu i Kordylierę Nadbrzeżną z zachodu nie może liczyć na wiatr, który rozniósłby masy zanieczyszczonego powietrza. Czarna chmura unosi się od rana nad głowami mieszkańców. Niezrażony pogłoskami, jakoby jeden dzień oddychania tutejszym powietrzem odpowiadał wypaleniu paczki papierosów, ruszyłem do miasta. Aby poznać prawdziwe oblicze Santiago, skierowałem się na Plaza de Armas - tradycyjny punkt centralny wielu zakładanych przez Hiszpanów osad. Znalazłem tam wszystko, co konstytuowało konkwistadorskie państewko: katedrę, ratusz, budynek poczty i pałac arcybiskupi. Z tego miejsca ponad 400 lat temu miasto zaczęło się rozrastać, wypełniając całe dno doliny, a ostatnio nawet wspinając się po andyjskich stokach.
Spodziewałem się bogatej kolonialnej architektury, ale czekał mnie zawód. Śladów dawnej świetności w Santiago brakuje, bo takiego okresu w historii miasta właściwie nie było. Hiszpanom nigdy nie udało się znaleźć w okolicach znaczących pokładów złota, więc nie byli zainteresowani inwestycjami. Do tego większość starych budynków nie przetrwała licznych trzęsień ziemi, w tym ostatniego z 1985 roku.
Iglesia de San Francisco (kościół św. Franciszka), położony kawałek dalej od Plaza de Armas, to obecnie najstarszy budynek w mieście i jedyny, któremu od czasu ukończenia budowy w 1628 roku udało się przetrwać kilka wieków wstrząsów. Z tego powodu otaczany jest najwyższą czcią przez katolickich Chilijczyków.
Nie tylko dla orłów
Na trekking w Andy wybrałem się z Hanibalem, znajomym alpinistą. 1868 metrów wysokości to jak na tamtejsze warunki niewiele, ale wystarczyło, bym zamiast podziwiać widoki, przez kilka godzin podejścia na Alto del Naranjo oglądał czubki swoich butów. Gdy o 30 lat starsi mijali nas truchtem, ja walczyłem, żeby postawić krok na kolejnej skale. Z trudem rozglądałem się w poszukiwaniu kondora - jednego z niewielu ptaków, któremu ludzkie osiedla i pozostawiane odpadki służą, zamiast szkodzić. W Andach w pobliżu miast jest ich pełno. Miałem pecha, kondory nie chciały się pokazać. Oglądaliśmy za to águila juvenil - wyjątkowo rzadki gatunek orła.
Po dotarciu na szczyt przyssałem się do butelki z wodą i wpatrywałem w osnute smogiem Santiago, a Hanibal opowiadał o meczu piłkarskim, jaki rozegrał w drugim obozie na najwyższym szczycie Ameryki Południowej
- Aconcagua. Ekipa francuskich wspinaczy, nieprzyzwyczajona do gry na wysokości powyżej 3000 m, przegrała 80:5. Ponoć nie wymagali reanimacji.
Choć podejście na szczyt najprostszym zboczem nie jest trudniejsze od naszego trekkingu, na stokach Aconcagua i tak ginie 20 osób rocznie. Ofiary to w większości japońscy i niemieccy turyści nieprzygotowani na spadek ciśnienia i brak tlenu.
| |
| Elity z Santiago spotykają się na plaży w Renaca koło Valparaiso. |
Windą do nieba
Jak każdy porządny mieszkaniec Santiago, wybrałem się na weekend nad morze do otoczonego modnymi kurortami Valparaiso. Pełne zazwyczaj plaże tym razem były puste. Kto by jechał na nie w środku zimy, gdy temperatura powietrza ledwo przekracza 20°C? W przeciwieństwie do stolicy miasto może się pochwalić bogatą historią. Do czasu otwarcia Kanału Panamskiego w 1914 roku było najważniejszą przystanią dla statków pływających pomiędzy Pacyfikiem a Oceanem Atlantyckim. Valpa, jak nazywają je Chilijczycy, to przede wszystkim rozległe dzielnice ubogich chat wspinające się w stronę Kordyliery po stromych wzgórzach - cerros. Obrośnięte ze wszystkich stron domami stoki są poprzecinane przez głębokie kaniony strumieni pędzących do oceanu. Jazda po krętych uliczkach wymagała wprawy i pojazdu z wysoko zawieszonymi zderzakami, a spacery niezłej kondycji fizycznej - ścieżki i ukryte przesmyki między chałupami to prawie wyłącznie schody. Chodziłem jednak cały czas, bo miasto i jego atmosferę tworzy mała architektura, zaułki, ogródki i spokojni mieszkańcy wyglądający z okien kolorowych chat. Na podpatrywaniu ich codziennego życia oraz podziwianiu pomysłowości w wykorzystaniu do konstrukcji domów blachy falistej, desek i wszelkich odpadków spędzałem całe dnie. Jeszcze jeden zaułek, jeszcze jedna kolorowa uliczka. Zmęczony odpoczywałem na podwieszonej drewnianej kładce lub moście w towarzystwie wszechobecnych watah psów leniwie wygrzewających się na słońcu. W końcu dałem za wygraną i skorzystałem z sieci XIX-wiecznych drewnianych wind wspinających się niemal pionowo po skalnych urwiskach. Miejscowi chętnie płacą 100 pesos i skracają w ten sposób o dobre 20 minut drogę z centrum do domu.
Szczyrk na kraterze
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość: jedziemy na południe - oznajmił pewnego ranka Hernan. To jest to. Leniwe życie w stolicy trochę mi się już znudziło.
Następnego dnia mknęliśmy bezkresną Panamericaną.Najpierw znalazłem się z grupą przyjaciół w Pucón, turystycznym miasteczku mającym więcej wspólnego z amerykańską Alaską niż z Chile. Natychmiast po przyjeździe zapakowałem deskę do samochodu i wyruszyłem gliniastą drogą na wulkan Villarica. Nadszedł czas, by skorzystać z możliwości uprawiania sportów zimowych w środku sierpnia. Przyjemności nie zmąciła nawet infrastruktura przypominająca Szczyrk 20 lat temu ani iście południowe podejście chilijskich narciarzy do uprawiania sportu - wchodzą na piechotę pod górę i biegają radośnie w poprzek stoku. Rozpędzony wypadłem poza trasę, bo nikomu nie przyszło do głowy, by oznakować skręt. Otrzepując kurtkę ze śniegu, miałem wreszcie chwilę, by popatrzeć w górę na wydobywające się ze stożka kłęby dymu i w dół, na Pucón i Lago Villarica w ciemnym, horyzontalnym przesmyku pomiędzy śniegiem a chmurami.
Zimą śnieg pada tu niemal codziennie, ale widoki i tak są jedyne w swoim rodzaju.
Górska eminencja
Z wulkanicznego, górskiego regionu Pucón przeniosłem się nad ocean, który z każdego miejsca w kraju jest oddalony o nie więcej niż 300 km. Niedaleko nadmorskiej Valdivii, na małej przystani przepakowaliśmy bagaże z samochodów na łódkę i popłynęliśmy szeroką Rio Calle Calle, by spędzić tydzień na odizolowanym od świata campo - chilijskiej farmie.
Cały region Valdivii i tereny wokół niej uległy zupełnemu przeobrażeniu na początku lat 60. XX wieku, po potężnym trzęsieniu ziemi. Obszar obniżył się o trzy metry w stosunku do poziomu morza. Niewielkie wcześniej rzeki rozlały się na setkach kilometrów kwadratowych. Z powodu tak gwałtownych zmian Rio Cruces stała się jedną z niewielu rzek na świecie, która zamiast regularnego prądu rzecznego poddaje się pływom morskim.
W przeprawie towarzyszył nam doświadczony sternik, który manewrował między mieliznami i pokazywał nam wystające z wody drzewa i słupy telegraficzne. Myślałem, że spędzając czas jak prawdziwy huaso (chilijski odpowiednik gaucho) - w siodle i przy ognisku - kilka kilometrów od oceanu, uwolnię się od ciągłej obecności Andów.
To jednak w Chile niemożliwe. Gdy z kolegą z Argentyny dotarliśmy konno na szczyt wzgórza, zobaczyliśmy zdziwieni wulkan Villarica. Między nami i szczytami południowych Andów było sto kilometrów równiny, a za plecami mieliśmy Pacyfik. Wszystko oświetlone na pomarańczowo ostatnimi promieniami słońca. Poruszony widokiem stałem jak oniemiały. Za to mój towarzysz, niepomny podniosłości chwili, wyciągnął palmtop z kieszeni wiatrówki, tłumacząc, że tu, na górze, ma dobry zasięg i wreszcie odbierze e-maile z biura.
Jak każdy porządny mieszkaniec Santiago, wybrałem się na weekend nad morze do otoczonego modnymi kurortami Valparaiso. Pełne zazwyczaj plaże tym razem były puste. Kto by jechał na nie w środku zimy, gdy temperatura powietrza ledwo przekracza 20°C? W przeciwieństwie do stolicy miasto może się pochwalić bogatą historią. Do czasu otwarcia Kanału Panamskiego w 1914 roku było najważniejszą przystanią dla statków pływających pomiędzy Pacyfikiem a Oceanem Atlantyckim. Valpa, jak nazywają je Chilijczycy, to przede wszystkim rozległe dzielnice ubogich chat wspinające się w stronę Kordyliery po stromych wzgórzach - cerros. Obrośnięte ze wszystkich stron domami stoki są poprzecinane przez głębokie kaniony strumieni pędzących do oceanu. Jazda po krętych uliczkach wymagała wprawy i pojazdu z wysoko zawieszonymi zderzakami, a spacery niezłej kondycji fizycznej - ścieżki i ukryte przesmyki między chałupami to prawie wyłącznie schody. Chodziłem jednak cały czas, bo miasto i jego atmosferę tworzy mała architektura, zaułki, ogródki i spokojni mieszkańcy wyglądający z okien kolorowych chat. Na podpatrywaniu ich codziennego życia oraz podziwianiu pomysłowości w wykorzystaniu do konstrukcji domów blachy falistej, desek i wszelkich odpadków spędzałem całe dnie. Jeszcze jeden zaułek, jeszcze jedna kolorowa uliczka. Zmęczony odpoczywałem na podwieszonej drewnianej kładce lub moście w towarzystwie wszechobecnych watah psów leniwie wygrzewających się na słońcu. W końcu dałem za wygraną i skorzystałem z sieci XIX-wiecznych drewnianych wind wspinających się niemal pionowo po skalnych urwiskach. Miejscowi chętnie płacą 100 pesos i skracają w ten sposób o dobre 20 minut drogę z centrum do domu.
Szczyrk na kraterze
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość: jedziemy na południe - oznajmił pewnego ranka Hernan. To jest to. Leniwe życie w stolicy trochę mi się już znudziło.
Następnego dnia mknęliśmy bezkresną Panamericaną.Najpierw znalazłem się z grupą przyjaciół w Pucón, turystycznym miasteczku mającym więcej wspólnego z amerykańską Alaską niż z Chile. Natychmiast po przyjeździe zapakowałem deskę do samochodu i wyruszyłem gliniastą drogą na wulkan Villarica. Nadszedł czas, by skorzystać z możliwości uprawiania sportów zimowych w środku sierpnia. Przyjemności nie zmąciła nawet infrastruktura przypominająca Szczyrk 20 lat temu ani iście południowe podejście chilijskich narciarzy do uprawiania sportu - wchodzą na piechotę pod górę i biegają radośnie w poprzek stoku. Rozpędzony wypadłem poza trasę, bo nikomu nie przyszło do głowy, by oznakować skręt. Otrzepując kurtkę ze śniegu, miałem wreszcie chwilę, by popatrzeć w górę na wydobywające się ze stożka kłęby dymu i w dół, na Pucón i Lago Villarica w ciemnym, horyzontalnym przesmyku pomiędzy śniegiem a chmurami.
Zimą śnieg pada tu niemal codziennie, ale widoki i tak są jedyne w swoim rodzaju.
Górska eminencja
Z wulkanicznego, górskiego regionu Pucón przeniosłem się nad ocean, który z każdego miejsca w kraju jest oddalony o nie więcej niż 300 km. Niedaleko nadmorskiej Valdivii, na małej przystani przepakowaliśmy bagaże z samochodów na łódkę i popłynęliśmy szeroką Rio Calle Calle, by spędzić tydzień na odizolowanym od świata campo - chilijskiej farmie.
Cały region Valdivii i tereny wokół niej uległy zupełnemu przeobrażeniu na początku lat 60. XX wieku, po potężnym trzęsieniu ziemi. Obszar obniżył się o trzy metry w stosunku do poziomu morza. Niewielkie wcześniej rzeki rozlały się na setkach kilometrów kwadratowych. Z powodu tak gwałtownych zmian Rio Cruces stała się jedną z niewielu rzek na świecie, która zamiast regularnego prądu rzecznego poddaje się pływom morskim.
W przeprawie towarzyszył nam doświadczony sternik, który manewrował między mieliznami i pokazywał nam wystające z wody drzewa i słupy telegraficzne. Myślałem, że spędzając czas jak prawdziwy huaso (chilijski odpowiednik gaucho) - w siodle i przy ognisku - kilka kilometrów od oceanu, uwolnię się od ciągłej obecności Andów.
To jednak w Chile niemożliwe. Gdy z kolegą z Argentyny dotarliśmy konno na szczyt wzgórza, zobaczyliśmy zdziwieni wulkan Villarica. Między nami i szczytami południowych Andów było sto kilometrów równiny, a za plecami mieliśmy Pacyfik. Wszystko oświetlone na pomarańczowo ostatnimi promieniami słońca. Poruszony widokiem stałem jak oniemiały. Za to mój towarzysz, niepomny podniosłości chwili, wyciągnął palmtop z kieszeni wiatrówki, tłumacząc, że tu, na górze, ma dobry zasięg i wreszcie odbierze e-maile z biura.
| |
W Valle de la Luna, zgodnie z nazwą, trudno o krajobraz przypominający Ziemię. |
Atamorgana
Tym razem tylko z jedną towarzyszką, Olą, wyruszyłem z chłodnego, deszczowego południa na ciepłą północ, by po przebyciu 2500 km autobusem i samochodem znaleźć się w sercu Atakamy - najsuchszej pustyni świata. Dotarliśmy do San Pedro de Atacama, nieoficjalnej stolicy płaskowyżu Altiplano. Osada, zbudowana w całości z wulkanicznych kamieni i wysuszonej w słońcu gliny, została ostatnio opanowana przez młodych podróżników z całego świata. Spod przymykających się powiek obserwowałem w jednym z licznych barów tę międzynarodową mozaikę studencko-licealną. Zmęczenie podróżą zalewałem Pisco Sour - drinkiem na bazie mocnej winogronowej wódki chilijskiej.
Rano, żałując eksperymentów z miejscowym alkoholem w mieście położonym na 2440 m, odjechaliśmy wypożyczonym, brudnym całym piachem pustyni pikapem w stronę Valle de la Muerte. Dopiero teraz uświadomiłem sobie wyjątkowość Altiplano - w niższych miejscach wyżyna przekracza grubo 2000 m i ciągnie się do ponad 4000. Nawet tak wysoko trudno określić, czy dany stok jest już częścią wulkanu, czy jeszcze płaskowyżem. Dlatego perspektywa we wstecznym lusterku płatała mi figle - najwyższy w regionie Licancabur (5916 m) wydawał się górować tuż nad San Pedro, choć w rzeczywistości jest oddalony o kilkadziesiąt kilometrów łagodnie wznoszącej się wyżyny. I my się od niego oddalaliśmy, klucząc po bezdrożach i zagłębiając się coraz bardziej w las wydm i skalnych formacji.
Kłujący dziadunio
Pukanie do drzwi zbudziło nas o czwartej nad ranem. Mieliśmy pojechać do El Tatio, najwyżej położonego skupiska gejzerów na świecie. Podobno najlepiej obserwuje się je o świcie. Kierowca i przewodnik zapakowali do samochodu jeszcze kilkunastu zaspanych turystów i ruszyliśmy w drogę. Przez dwie godziny nikt nie mógł zasnąć z zimna i oddychać od pustynnego pyłu, który wypełniał pędzącego busa. Gdy wymęczeni wyszliśmy z samochodu, wysokość (4321 m) i temperatura (-11°C) zwaliły mnie z nóg. Bez rękawiczek i zimowej kurtki walczyłem zgrabiałymi rękoma z aparatem, by zrobić przynajmniej kilka zdjęć. Z odrętwienia wyrwała mnie dopiero serwowana przez kierowcę aquita de coca - herbata z liści koki, łagodzące objawy choroby wysokościowej. W El Tatio, rozległej niecce pomiędzy wulkanami, wody lodowca przedostają się podziemnymi kanałami do pokładów gorącej wulkanicznej magmy. W kilka sekund zostają doprowadzone do wrzenia i dochodzi do erupcji z wyżłobionych w skale gejzerów. Podobno słup wody może osiągnąć 10 m, my zobaczyliśmy zaledwie dziesięciocentymetrowy słupek.
W drodze powrotnej wybraliśmy się jeszcze na krótki trekking. Zwieńczeniem był widok najstarszego znanego kaktusa na Altiplano - osiągnięcie 5 m wzrostu zajęło mu 700 lat.
Jest tak rachityczny, że niebaczny ruch ręki mógłby zakończyć jego żywot. Na spotkaniu ze staruszkiem kończyła się moja podróż po Chile. Poczułem, że zobaczyłem tu świat, który przerasta przybysza. Wieczny jak Andy, jak kaktus z Atakamy i jak papierowe kwiaty, które mieszkańcy pustyni składają na grobach. Bez deszczu jednorazowe wiązanki mogą przetrwać lata.
Tym razem tylko z jedną towarzyszką, Olą, wyruszyłem z chłodnego, deszczowego południa na ciepłą północ, by po przebyciu 2500 km autobusem i samochodem znaleźć się w sercu Atakamy - najsuchszej pustyni świata. Dotarliśmy do San Pedro de Atacama, nieoficjalnej stolicy płaskowyżu Altiplano. Osada, zbudowana w całości z wulkanicznych kamieni i wysuszonej w słońcu gliny, została ostatnio opanowana przez młodych podróżników z całego świata. Spod przymykających się powiek obserwowałem w jednym z licznych barów tę międzynarodową mozaikę studencko-licealną. Zmęczenie podróżą zalewałem Pisco Sour - drinkiem na bazie mocnej winogronowej wódki chilijskiej.
Rano, żałując eksperymentów z miejscowym alkoholem w mieście położonym na 2440 m, odjechaliśmy wypożyczonym, brudnym całym piachem pustyni pikapem w stronę Valle de la Muerte. Dopiero teraz uświadomiłem sobie wyjątkowość Altiplano - w niższych miejscach wyżyna przekracza grubo 2000 m i ciągnie się do ponad 4000. Nawet tak wysoko trudno określić, czy dany stok jest już częścią wulkanu, czy jeszcze płaskowyżem. Dlatego perspektywa we wstecznym lusterku płatała mi figle - najwyższy w regionie Licancabur (5916 m) wydawał się górować tuż nad San Pedro, choć w rzeczywistości jest oddalony o kilkadziesiąt kilometrów łagodnie wznoszącej się wyżyny. I my się od niego oddalaliśmy, klucząc po bezdrożach i zagłębiając się coraz bardziej w las wydm i skalnych formacji.
Kłujący dziadunio
Pukanie do drzwi zbudziło nas o czwartej nad ranem. Mieliśmy pojechać do El Tatio, najwyżej położonego skupiska gejzerów na świecie. Podobno najlepiej obserwuje się je o świcie. Kierowca i przewodnik zapakowali do samochodu jeszcze kilkunastu zaspanych turystów i ruszyliśmy w drogę. Przez dwie godziny nikt nie mógł zasnąć z zimna i oddychać od pustynnego pyłu, który wypełniał pędzącego busa. Gdy wymęczeni wyszliśmy z samochodu, wysokość (4321 m) i temperatura (-11°C) zwaliły mnie z nóg. Bez rękawiczek i zimowej kurtki walczyłem zgrabiałymi rękoma z aparatem, by zrobić przynajmniej kilka zdjęć. Z odrętwienia wyrwała mnie dopiero serwowana przez kierowcę aquita de coca - herbata z liści koki, łagodzące objawy choroby wysokościowej. W El Tatio, rozległej niecce pomiędzy wulkanami, wody lodowca przedostają się podziemnymi kanałami do pokładów gorącej wulkanicznej magmy. W kilka sekund zostają doprowadzone do wrzenia i dochodzi do erupcji z wyżłobionych w skale gejzerów. Podobno słup wody może osiągnąć 10 m, my zobaczyliśmy zaledwie dziesięciocentymetrowy słupek.
W drodze powrotnej wybraliśmy się jeszcze na krótki trekking. Zwieńczeniem był widok najstarszego znanego kaktusa na Altiplano - osiągnięcie 5 m wzrostu zajęło mu 700 lat.
Jest tak rachityczny, że niebaczny ruch ręki mógłby zakończyć jego żywot. Na spotkaniu ze staruszkiem kończyła się moja podróż po Chile. Poczułem, że zobaczyłem tu świat, który przerasta przybysza. Wieczny jak Andy, jak kaktus z Atakamy i jak papierowe kwiaty, które mieszkańcy pustyni składają na grobach. Bez deszczu jednorazowe wiązanki mogą przetrwać lata.
Tekst Błażej Karwowski
Zdjęcia Wojciech Buss
źródło: http://www.podroze.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz